" inna strona medalu  " poezja

                  GRAŻYNA ADAMCZYK LIDTKE:                           autorka

               *Piasek Hiszpanii
              
*Na krańcu świata
              
*Obrazki kubańskie
              
*Bella Italia
              
*Taniec
               
*Trująca Woda " Komunikaty z mojego podwórka"
              
*Rymanów
               *Nowe wiersze
               *Inne

wiersze :    1       2       3                5        6       7       8       9       10       11       12        powrót


 

Integracja 2007 – druga faza projektu!

       Projekt Wrocławskiej Wszechnicy Literackiej „Integracja 2007” wszedł w drugą fazę. W połowie września zakończyły się zajęcia grupy wstępnej, trwające od początku sierpnia. Uczestnicy projektu podzielili się na dwie grupy – prowadzoną przez Karola Maliszewskiego grupę
„Poezja” (zajmującą się wyłącznie utworami poetyckimi) oraz grupę
„Proza”, prowadzoną przez Jacka Inglota (przedmiotem zajęć są utwory prozatorskiej), dołączyli też nowi uczestnicy, w tym osoby zdrowe (ten etap działań ma charakter integracyjny). Podział ten wynika z założeń przyjętych w projekcie – po zajęciach wstępnych czas na specjalizację i wybór rodzaju piśmiennictwa, w którym każdy uczestnik chce się specjalizować.
Zajęcia odbywają się w poniedziałki i środy i nadal mają charakter warsztatowy – omawiamy i poprawiamy próbki twórczości prezentowane przez uczestników. Zarazem trwa selekcja tekstów do planowanego almanachu, wybranych autorów prezentujemy na naszej stronie internetowej.
 

Dziś na naszej stronie gościmy dwie autorki, matkę i córkę

Aleksandra Pijanowska-Adamczyk prezentuje interesującą prozę wspomnieniową z czasów okupacji,
Grażyna Adamczyk-Lidtke, swoje refleksje z egzotycznych podróży. Zapraszamy do lektury. Wkrótce nowe publikacje.
Utworów innych uczestników należy szukać na podstronie

 
 
  Grażyna Adamczyk-Lidtke
Grażyna Adamczyk-Lidtke      czytaj utwory

 

Rawenna

1.

Długie kilometry trotuaru przez piękne miasteczko, które co rusz podsuwa urocze zaułki i place ciekawemu turyście. Tutaj mały przytulny rynek rozpasany renesansową mini repliką placu św. Marka w Wenecji. Mniejsza skala, ale więcej przytulnego uroku. Tu w kafejce zanurzam usta w czerń bardzo smacznej kawy mocate italiano. Ilości kawy – śladowe, za to duża frajda smaku. Oczy przyciąga na każdym kroku smakowity wygląd włoskiego specjału – lodów o baśniowych kompozycjach: tiramisu, la Zuppa inglesa, zabayonne.

Widziałam już grób Dantego i jedną z perełek wczesnobizantyjskiej sztuki – bazylikę De Classe – pełną podsufitowych mozaikowych dekoracji. Nie miałam jednak szczęścia, bo ta piękna halowa konstrukcja, pełna światła, powitała mnie ściskiem tłumu wiernych. Nie było warunków do kontemplacji wiekopomnych dzieł, zresztą nie dla tej bazyliki przybyłam tu do Rawenny – dawnej stolicy chrześcijańskiego świata.

Studiując historię sztuki na swojej akademii, zachowałam wspomnienie o bardzo ważnej budowli, która stała się punktem zwrotnym sztuki bizantyjskiego zachodu – o kościele Il Gesu. Pytania dotyczące tego zabytku były nieodłącznym elementem każdego egzaminu z wiedzy teoretycznej. Za moich czasów – jak mawiała moja babcia – nie było dobrej poligrafii, brakowało pięknie ilustrowanych książek. Większość wiadomości pochłanialiśmy oglądając kiepskie czarno-białe zdjęcia lub ryciny. Z rzadka trafiały się albumy ledwie z kilkoma zdjęciami w kolorze. Niekłamaną namiętnością wrocławskiej inteligencji lat 60. i 70. były zakupy w radzieckiej księgarni w Rynku, gdzie można było poznać trochę arcydzieł z pięknych kolorowych albumów, tyle tylko, że najczęściej obejmowały one sztukę Europy w zbiorach radzieckich muzeów. Bywały wprawdzie także kolekcje światowych muzeów, np. Galerii Prado lub Galerii Uffizzi czy Luwru, stanowiły one jednak mniejszość. Kupowało się więc książki i z dumą ustawiało na półkach, by w skupieniu kontemplować arcydzieła.
Od dziecka obłożona byłam pięknymi książkami dzięki mamie, która nie tylko sama zbierała wartościowe wydania, ale prowadząc filie biblioteczne zamawiała ogromne ilości wydawnictw albumowo-encyklopedycznych dla swoich czytelników w bibliotece. Znosiła je potem do domu, żeby napawać się pięknem świata.
Jeszcze na wstępie, pokonując krużganki podwórza wokół bazyliki, czułam, że portyk z białego marmuru zbliża mnie do niezwykłej tajemnicy. Nigdy nie podejrzewałabym, że tutaj w Rawennie znany, ale bardzo skromnie fotografowany wizerunek Chrystusa Pankratora, zrobi na mnie tak piorunujące wrażenie.

2.

Wrażenie spotęgowało niezwykłe światło wdzierające się przez duże okna, których szyby składają się z okrągłych gomółek szkła. Sączyła się przez nie złota poświata na przeciwległe ściany wewnętrznej rotundy. W blasku tego światła zachwycająco lśniły niezwykłe oczy cesarza Justyniana, jego żony, cesarzowej Teodoryki, ubranych w złociste szaty.
Było dość późne popołudnie i nie miałam zbyt wiele czasu, ale nie miałam ochoty ruszyć się stamtąd. Ogrom bazyliki, masa kamienia, ta lekkość wysokiego sklepienia kopuły zaburzyła moje wyobrażenia o sztuce przedromańskiej.
Biało kremowe ściany, potężne okrągłe łuki filarów, tak opasłe i tak niebotyczne – pełne harmonii proporcji! Mimowolnie porównuję do nich małe, przysadziste, ciasne pozostałości romańskich zabytków w Polsce. Myślałam, że Il Gesu jest podobne do maleńkiej cerkiewki Bojana pod Sofią lub rotundy w Strzelnie, ale – to zupełnie inna skala. Jak zwykle w takich momentach szwankował mi aparat. Ledwo wysiadłam z autobusu i weszłam w główną arterię Rawenny, ustawiłam męża do zdjęcia na tle... i tak niefortunnie wyjmowałam aparat, że wywinął salto i upadł na krawężnik wgniatając obiektyw. Manipulacja ostrością i głębią obrazu zakończyła swój żywot. Jeszcze udało się czasem zrobić jakieś fotki później w optymalnych warunkach, ale tu w Il Gesu było zbyt ciemno. Musiałam więc zapamiętać ten fenomen architektury, napatrzyć się i zachować to niezwykłe wrażenie, ten obezwładniający zachwyt. Chciałam tu zostać i trwać wpatrzona w pozłociste błyski kamiennych drobin opowiadające o zamierzchłych czasach bogatego Bizancjum. Miałam obawy, że czar, który opadł na mnie złotym pyłem światła w Il Gesu rychło przeminie w lawinie nowych zdarzeń i pejzaży. A jednak błogosławiący gest Chrystusa naznaczył mnie trwale pamięcią i stał się powracającą mantrą kontemplacji nad bezmiarem piękna.

  CHOLITA


1.
– Pokażę pani pracownię rzekła seniora Boltz – ale nie tu, na Barranco.
Biała limuzyna rozcina w biegu miasto na pół. Bezkresna Lima, piękna Miraflores, luksusowa dzielnica strojna w bajkowe pałace, San Isidro tonące w zamkniętych na głucho szklanych pudełkach domostw ( Nie wchodź bez uprzedzenia i tak cię nie wpuszczą ).
Lima otoczona na zboczach wielkich gór wianuszkiem bariades, tutejszych slumsów, w śmiesznym seledynowym kolorze – zasługa prezydenta, bo to przykro tak patrzeć jak za rzeką Rimak wspina się hałda szpetoty.
Wczoraj Maria mówiła:
– No popatrz sama, tu zamieszkuje prezydent w Pałacu Gubernatora.
Rzeczywiście, od strony placu de Armas stoją barwni żandarmi, jak kolorowe kukły. A z tyłu co? Piękne ogrody z parkanem, a za nimi, tuż po drugiej stronie rzeki – ściana dzielnic nędzarzy.
Niemiło wychodzić co rano na balkon rezydencji i oglądać wysypisko chałup skleconych z byle czego. Pan prezydent zarządził i znalazły się pieniądze, by przemalować górę.
– Ale skąd ten seledyn, co razi oczy przybysza?
– Co chcesz, tu wszyscy malują domy na zielono lub różowo. Nam się to podoba.
Oddalając się od centrum miasta podążamy na zachód w kierunku wybrzeża do uroczej dzielnicy Barranco. Słońce ciepłym zimowym dotykiem omiata czupryny krzewów pomarańczy. To ulica artystów. Tu rozsiadły się nowobogackie knajpki i sklepy artesanias pełne lokalnej „cepelii”.
Pośpieszni budowlańcy prują stare domostwa, bebeszą ich zaplecza i tworzą nowoczesne wnętrza. Chronią tylko fasady strojne w portale i frontony, poszerzają okna. Małe ciasne lepianki z niewypalanej cegły adobe zmieniają się w luksusowe siedziby tonące nawet zimą w zieleni i kwiatach.
– To sprawia nasza garua, zimowa mgła, która co wieczór nawiedza wybrzeże Pacyfiku i sprawia, że tyle tu zimą wilgoci. Włóż tylko kij do piachu a sam zakwitnie !– śmieje się pani Boltz. – Zobaczy pani na patio w mojej pracowni, jak pięknie wszystko rośnie.

2.

– To już tutaj.
Z fasonem przystaje pod niedużym domem pojazd pana Boltza. Przez drzwi za solidną kratą w głąb korytarza prowadzi gospodyni.
– To moje królestwo.
Pracownia pełna tkanin, projektów i obrazów, rysunków bardzo innych, niż te, które dotąd widywałam, niezwykłych, inspirowanych miejscowym folklorem i kolorytem.
– O! jakie piękne patio!
– A! właśnie o nim mówiłam – przypomina pani Boltz. – Tu lubię posiedzieć i pokontemplować zieleń. Stąd do sali wpada dużo światła i do przedsionka, i na schody.
Budowla typowa dla tej części świata. Zewnętrzny obrys murów nie dopuszcza wścibskich oczu do wnętrza. Wąski korytarz, otwarty na niebo, od wejścia wiedzie do wewnętrznego patio.
Podziwiam jej drobne rysunki, impresje indiańskie miękko lawowane akwarelą i temperą. Widzę, że przez wiele lat obcowania z pampą Argentyny i puną peruwiańską pani Boltz, urodzona w polskiej rodzinie emigrantów, stała się prawdziwą Latynoską, która ogląda świat oczyma Indian, Metysów i Kreoli.
– Zapraszam na podwieczorek, pozna pani moją nową córeczkę Ewitę. To indiańskie dziecko, które niedawno adoptowaliśmy z mężem. Ci Indios są tacy biedni i nieszczęśliwi. Muszę jeszcze coś dobrego zrobić dla tego kraju, uratować choćby to jedno dziecko. Zaraz je pani zobaczy.

Po niedługim czasie wracamy inną drogą, nie przez miasto, tylko wybrzeżem Pacyfiku. Zawijasami serpentyn do stóp Barranco spada pędem biały kolos pana Boltza, przez pylisty piach wprost na Panamericanę – najdłuższą szosę świata lizaną falami Pacyfiku.
Ciężkie nawisy piaszczystych boków wygrzewa tu tasiemcowa Atakama, pustynia ciągnąca się do Chile i dalej na południe, niemal po Ziemię Ognistą. Kilkudziesięciometrowe klify nabrzeża osypują zbędne tony piasku wprost na szosę. Ocean mlaska ozorem i wylizuje spęczniałe boki pustyni jak smaczne kawały tortu.
– Kiedyś to się oberwie – mówi pani Boltz – ale nas już nie będzie w tej dziwnej ziemi Peru. Zrobiło się tu niebezpiecznie. Za dużo biedy.

3.

– Trzeba coś uratować i spokojnie wracać do domu, do Europy.
Dziwnie to brzmi w ustach osoby, która w Europie bywała tylko przejazdem w odwiedzinach u krewnych swojego arystokratycznego męża. Ale pani Boltz jest pewna siebie. Jest kobietą sukcesu, byłą Miss Argentyny, i nigdy nie zgodzi się poświęcić choćby odrobiny swojej wygody i majątku w niepewnej sytuacji kraju, w którym mieszka.
– Trzeba stąd wyjechać! Jeszcze trochę zarobimy. Chcemy tu otworzyć na Barranco małą restaurację, a potem… Adios!
W tym momencie do pokoju zajrzała mała indiańska dziewczynka.
– O co chodzi cholita? Dygnij! No dygnij! Ty smarkulo! Przecież mamusia ci każe.
– No widzi pani, co za dziecko! To strasznie krnąbrny mieszaniec. Oni tacy już są. Więcej uporu niż posłuszeństwa – wyjaśnia pani Boltz.
Mała stała jak typowa cholita, nie reagując na wyzwiska, bez ruchu, patrząc tępo przed siebie.
– No! Powiedz dowidzenia! Jak cię uczyłam?
Spod czarnych rzęs patrzą na mnie uparte ciemne oczy przesłonięte wysoką kokardą na czubku głowy. Mała sześcioletnia dziewczynka odziana w frymuśną falbaniastą biało-różową sukienkę – jak w przedwojennej Europie. Trochę się wstydzi obcych, trochę się boczy, ale jest zaciekawiona.
– Trzeba dla niej coś zrobić, tyle tu nędzy dokoła – wzdycha pani Boltz. – Ja ją dobrze wychowam i wykształcę i… zrobię z niej człowieka.
Pan Boltz dyskretnym uśmiechem w milczeniu kiwając głową potwierdza wielkopańską koncepcję żony.
Biedna mała cholito! – pomyślałam. – Nie wrócisz na Barranco ani na Salvador. Nie jesteś już Indianką. Zapakują cię w folię, obwiążą kokardą i postawią na półce: etniczną śpiącą lalę gdzieś w berlińskiej witrynie.
Żal mi ciebie…

 

 

wiersze :    1       2       3                5        6       7       8       9       10       11       12      powrót