Grażyna Adamczyk Lidtke   " inna strona medalu " wiersze *Obrazki kubańskie * 3

 wiersze  :       1       2       3       4        5        6

 

PLAYA NAUTI

Prawdziwi Cubanos
nie jeżdżą na Varadero.

Za daleko od domu ? 

Nie !

Zbyt daleko od rewolucji.
Prawdziwi Cubanos
przebywają na Nauti.

Od betonowej skarpy
niosą się pluski i krzyki.
Małe czarne urwisy
skaczą z piskiem w głębinę.

Rozgotowane morze,
jak leniwy macho
Odsłania swój brzuch
i sapie wezbraną falą.

*

Prawdziwi Cubanos
nie jeżdżą na Varadero

gdzie luksus gorszy i drażni,
a bogactwo obraża prawdziwego Cubano.

Na Nauti
morze tak samo
bulgocze

jak garnek zupy stojącej na fajerce,
nuci i pomrukuje głosem starego guarachero.

 

 

SŁONECZNE OKULARY

Mam czarne okulary
nie są one na sprzedaż.

Moje czarne okulary
dobrze ochronią oczy
przed zwrotnikowym słońcem.

Za czarne okulary
mała krągła kobieta
załatwi mi gościnę,
lecz one nie są na sprzedaż.

*

Zza czarnych okularów
słońce nie razi oczu.

Roześmiany taksówkarz
powiedział:
„Seńorita”
za takie okulary

zawiozę cię gdzie zechcesz,

może na Varadero ?

lecz one nie są na sprzedaż,
bo słońce kłuje w oczy.

*

Dzień dobry Seńorita
masz ładne okulary.

Daj mi proszę na prezent
dla ukochanej dziewczyny.

Pokażę ci za to Hawanę.
Lecz one nie są na sprzedaż
i sama sobie poradzę.

*

Przez czarne okulary
pięknie wygląda plaża,

lecz jeśli chcę się wykąpać 
okulary zdjąć trzeba.

Zawieszam je na szelce,
idę naprzeciw fali
a ona ciekawie spogląda
 
na moje okulary.

*

Ciepła kąpiel nie rzeźwi
otrząsam krople z włosów,

słońce znów świeci w oczy,
lecz znikły gdzieś okulary !
Wypłukała je woda.


Miękką dłonią uniosła

do morza – na ofiarę,
abym mogła tu wrócić,
nie tylko po okulary…

 

1       2       3       4        5        6

OBRAZEK

Wilgotnym porankiem
Spoglądam z okna hotelu.

Miasto otwiera
swe szerokie arterie,

którymi suną mrówki pojazdów.

Uliczny szum i szmer
klimatyzera 

śpiewają monotonny kanon.

Duża niebieska zabawka
 kolorowej śmieciarki
staje w poprzek ulicy.

Czarnoskóry kierowca
 rozwija perłowy uśmiech
i wyskakuje na chodnik.

Wyciąga przyjazną dłoń
do… równie jak on

nieistotnego przechodnia.

Paple gestykulując
i tarasuje drogę

pospiesznej metropolii.

Nie przeszkadza mu wcale
son jazgotliwych klaksonów
spiętrzony po dach budynków.

On, dumny mieszkaniec
zniewolonego kraju,

a przecież człowiek wolny
beztrosko zaznacza swą

odrębność.