| |
|
|
T E A T R i F L A M E N C O
Sosnowiec
realizacje teatralne Grażyny Adamczyk Lidtke
Czarująca szewcowa
-
F. Garcia Lorca
Teatr Zagłębia Sosnowiec
|

Ponowna
realizacja "
Czarującej
szewcowej"
F. Garcii Lorki,
przez Grażynę Adamczyk w
Teatrze w Sosnowcu
choreografia i muzyczne
opracowanie
oraz
przygotowanie instrumentalne
gitarzystów
- G. Adamczyk Lidtke |
|
|
|
 |
|
pewne informacje
znaleziono na stronie :
foto G. Adamczyk Lidtke |
|

|

foto G. Adamczyk Lidtke |
| |
| |
RECENZJE po premierze w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu
Czarujące
akwarium
Wchodzących
na
premierę
"Czarującej
szewcowej"
witała
andaluzyjska
muzyka.
W
foyer
-
gitarzyści,
chłopiec
z
kastanietami.
Aktorki
i
aktorzy
w
czerni
lub
bieli
skupiali
się
na
ruchu
-
unosili
stopy,
opuszczali,
wybijali
ostre
rytmy.
Czarowano
nas
po
lewej
stronie
od
wejścia.
Tłem
były
duże
szyby
i
szklane
drzwi
prowadzące
do
kasy.
Pani
kasjerka
robiła
swoje.
Ktoś
odbierał
zaproszenie.
Ktoś
inny
prosił
o
wejściówkę.
Po
"naszej"
stronie
oferowano
(jak
gdyby
w
zgodzie
ze
wskazaniami
podręczników
do
marketingu)
próbkę.
Namiastkę
teatru.
Nagły
prolog
miał
już
dwie
publiczności.
Jedna
stała
o
krok,
dwa.
Inna
spoglądała
z
dystansu.
Jeżeli
ktoś
po
drugiej
stronie
szyby
nie
wybierałby
się
na
spektakl,
byłby
i
tak
widzem.
Zobaczyłby
jednak
wyłącznie
akwarium
z
poezją.
W
pewnej
chwili
zabawa
przeniosła
się
na
scenę.
Lorca
nazwał
swą
sztukę
"jaskrawą
farsą".
U
progu,
przy
zapalonych
światłach
widowni,
jaskrawo
upominała
się
o
swoje
jakaś
kulturowa
tożsamość.
Nie
wyszła
poza
tożsamość
folkloru.
Scena
przeobraziła
się
w
estradę.
Cały
pomysł
sprowadzono
do
ładnie
wyśpiewanych
i
zgrabnie
odtańczonych
cytatów.
Kiedy
wygasły
-
pojawił
się
gościnnie
występujący
w
spektaklu
olsztynianin
Radosław
Ciecholewski
-
Autor.
W
cylindrze,
z
bródką.
Zwrócił
się
do
publiczności,
coś
zawile
tłumaczył,
wreszcie
zapowiedział
tytułową
bohaterkę.
Nadbiegła
Ewa
Kopczyńska
-
gestykulując,
głośno
złorzecząc
miasteczku
i
jego
mieszkańcom.
Scenografia
Wojciecha
Jankowiaka
jest
dyskretna
i
prościutka.
Po
prawej
-
kryty
daszkiem
szkielecik
szewskiego
warsztatu.
Z
lewej,
pod
takim
samym
daszkiem,
ulokowano
gitarzystów,
by
grą
swą
coś
zapowiadali
i
komentowali.
Po
przerwie
zniknął
szewski
warsztat,
a w
jego
miejsce
pojawił
się
-
już
z
prawej
-
kontuar
karczmy.
W
centrum
sceny
górował
pomost
z
drążków,
lekki,
wsparty
o
plątaninę
schodów
i
bryły
domków.
Ich
statyczność
złamały
łuki
okien.
Inne
okno
otwarło
się
w
pustej
przestrzeni
między
bryłami.
Dwa
schodki
z
przodu
prowadziły
w
głąb
dziwnego
- bo
wewnętrznego
-
otworu
sceny.
Wszystko
zamykał
horyzont:
szczelny
i
błękitny.
Dopiero
finał
przeobrazi
go w
złoto
czy
może
słońce.
Najbliżej
publiczności
położono
grubą
sklejkę:
miejsce
neutralne
i
podest
do
popisów
flamenco.
Śliczne
są
kostiumy
Marty
Hubki.
Sąsiadki
kłócące
się
z
Szewcową
przypominały
pulsującego
soczystymi
kolorami
wielogłowego
smoka.
Kostiumy
panów
spokojniejsze,
ale
ładnie
dopełnione
detalami.
Nie
potrafiłem
jedynie
pojąć
andaluzyjskiego
rodowodu
czerwonych
maklerskich
szelek
Autora.
"Czarująca
szewcowa"
jest
jak
bajka.
Starawy
szewc
wziął
za
żonę
osiemnastoletnią
dziewczynę.
Są
trzy
miesiące
po
ślubie,
ale
już
wiadomo,
że
nie
pasują
do
siebie.
Ona
-
wybuchowa
i
skłócona
ze
wszystkimi,
on -
spokojny
i
praktyczny.
Przed
antraktem,
zmęczony
awanturami,
pójdzie
sobie
w
świat.
Ona
z
musu
otworzy
karczmę,
pocznie
idealizować
przeszłość
i
zacznie
tęsknić.
Wszystko
skończy
się
dobrze,
słodko
i
mało
prawdopodobnie.
Reżyser
Henryk
Adamek
przestraszył
się
bajki.
Odsunął
fabułę.
Zapragnął
widowiska.
Aktorzy
otrzymali
zadania
taneczne
i
wokalne.
"Czarująca
szewcowa"
nie
chciała
jednak
być
operetką
hiszpańską
czy
andaluzyjskim
musicalem.
Upominała
się
o
role
do
zagrania.
Kopczyńskiej
wystarczyło
wiarygodności
wyłącznie
na
partie
liryczne.
Ładnie
wyśpiewywała
jakieś
marzenia,
ale
nie
umiała
zmienić
tonu,
za
jedyną
ekspresję
uznała
pokrzykiwanie.
Andrzej
Śleziak
do
schematycznej
roli
Szewca
dodał
kroplę
ciepła.
Chwilami
czynił
jednak
z
monologu
smutactwo
i
gadulstwo.
Niezbędne
minimum
tupetu
i
konieczną
dawkę
męskości
wykazał
podczas
podrywania
Kopczyńskiej
Zbigniew
Leraczyk
(Burmistrz).
Z
arsenału
środków
aktorskich
duetu
Kawalerów
(Grzegorz
Widera
i
Piotr
Zawadzki)
najbardziej
zauważalne
okazały
się
dwa
obnażone
koziki
do
strugania
drzewa.
Panie
zrobiły
swoje.
Z
dużą
przyjemnością
obserwowano
jędzowatość
Małgorzaty
Stachowiak
(Sąsiadka
w
fioletowym).
Zwróciliśmy
również
uwagę
na
precyzję
ruchów
Violetty
Zającówny
(Sąsiadka
w
zielonym).
Ciecholewski
(jako
Autor
i
później
Don
Mirlo)
rozpoczął
z
tremą.
Z
każdym
obrazem
było
lepiej,
a w
finale
prawie
brawurowo.
Podbił
publiczność
trzynastoletni
Maciek
Zaród
-
Chłopiec
spektaklu.
Znakomicie
rozpoznał
swe
zadanie.
Spektakl
chciał
być
piękny.
Pozostał
urodziwy.
Taką
urodą,
która
wszystko
zawdzięcza
makijażowi.
Grubo
położonemu
na
poezji.
"Czarujące akwarium"
Piotrn Zaczkowski
Teatr nr 12
01-12-1998
|
|
|
|
| |
| |
Czarująca szewcowa -
Federico Garcia Lorca
miejsce premiery :
Teatr Zagłębia Sosnowiec data premiery :
1998-10-17
|
|
|
|
|
|
| |
Zatupana Zapatera
Chyba pod koniec lat 50. nastała taka moda w teatrze, że co popularniejsze
sztuki dramatyczne zaczęto umuzyczniać. Przerobiono nawet Fredrę na piosenki,
uważając widocznie, że takiej "chały", czyli Fredry widownia już nie trawi.
W gruncie rzeczy była to przemycana z Zachodu moda musicalowa, która skrzywdziła
wiele poważnych utworów. Teraz mamy muzyki rozrywkowej po uszy, jej jazgot
jest całodobowy, przynajmniej więc teatry dramatyczne powinny bronić swej
odrębności, dochowując wierności słowu. Ale gdzie tam...
W Sosnowcu wystawiono właśnie "Czarującą szewcową" Federica
Garcii Lorki, rzecz arcypoetycką. Mając w pamięci fascynujące przedstawienie
Tadeusza Kantora w Teatrze Śląskim, jechałam na tę premierę autentycznie ciekawa,
jak po blisko pięćdziesięciu latach "robi się" taki utwór i jak jego
bajkowość wyglądać będzie w zderzeniu z naszą przyspieszoną, codziennością.
Lorca był poetą Andaluzji, Cyganów i księżyca. W jego sztukach jest zmysłowość
i często okrucieństwo, ale jednocześnie niespotykana delikatność i wiara
w rzeczy podstawowe, takie jak wolność i godność człowieka. W "Czarującej
szewcowej" jest dziewczyna osiemnastoletnia, którą wyswatano z ciamajdą
i w dodatku mężczyzną dużo od niej starszym. Zapatera, co po hiszpańsku
znaczy szewczykowa, lubi młodszych chłopców, lubi się bawić i stary mąż
ciągle ją irytuje i rozjusza. Ale gdy upokorzony szewc od niej odejdzie,
niefrasobliwa pięknisia znajdzie się w pustce i nikomu niepotrzebna - spoważnieje.
Marzyć będzie tylko o tym, by znów było po staremu. Jest to piękne studium
kobiecości w żywiołowym dążeniu do spełnienia się i w prostej na pozór fabule
mieści wszystkie jej odmiany - blask i blichtr, rozpacz i śmieszność,
niecierpliwość i rozmarzenie. Brawurowo rozwinęła kiedyś tę rolę Jolanta
Haniszówna, łącząc w jedno urodziwą jędzę z zalotnicą i potulnym kobieciątkiem.
Na sosnowieckim przedstawieniu wita nas hiszpańska dyskoteka, aktorzy
rozmieszczeni na widowni tupią flamenco i klaszczą, a kiedy przeniosą się na scenę,
jest jeszcze skoczniej i kolorowo. Wstęp muzyczny przedłuża się i szybko orientujemy
się, że zaproszono nas na zupełnie inną "Czarującą szewcową".
Tekst poszedł w odstawkę, zredukowany do najważniejszych motywów, a i na tych straconych
pozycjach nie ma możliwości usamodzielnienia się. Przytłoczony warstwą muzyczną,
owymi wszystkim fangosami, solearesami czy petenerami - jak je fachowo wymienia
choreografka Grażyna Adamczyk. I zatupana urodziwa Szewczykowa - Ewa Kopczyńska
- nie poradzi sobie z tłumem, jej roztereczki i nostalgijki przytłumi upojne paso doble.
Zresztą ona sama nie ma się kiedy szczerze zająć sobą, włączona w rozbawione towarzystwo
i zważająca przede wszystkim na krok, rytm i efektownie zawirowaną suknią. Ślicznie
wygląda i to jest cała jej zasługa.
Również Szewc
- Andrzej Śleziak - jest tylko jednym z tłumu, swojej roli nie rozwija, choć na początku
jest przecież milczkiem i ofermą, potem czarującym bajarzem, a na koniec zwycięskim rogaczem.
Jarmarczny teatr, który w przebraniu rozkłada w tawernie opuszczonej żony, powinien
błyskotliwie przyspieszyć akcję, ale tym razem reżyser nie miał chyba pomysłu na tę
szekspirowską prawie scenę, której zabrakło wdzięku i dowcipu. Reżyser pozwolił się
zdominować choreografce.
Rozmowy Szewczykowej
z Chłopcem utkane są z samej poezji, w nich się roztargniona bohaterka ucisza i odsłania dogłębnie.
Sympatyczny Maciek, wypożyczony z podstawówki, choć dobrze wdrożony w rolę, nie mógł być partnerem
w tej intymności, tu potrzebny był aktor szczególnie wrażliwy, o zminiaturyzowanej oczywiście posturze.
Reżyserowi nie zależało
na nastrojach, postawił tym razem na zabawę, która pysznie wypadła. Aktorzy cały czas byli
w tanecznym transie, śpiewali, klaskali, wirowały falbany, nad którymi napracowały się panie
krawcowe. Zbójnickiego nie zatańczy dobrze ceper, a tylko góral i z flamenco także trzeba
się urodzić, ale nie wybrzydzajmy, zespół przygotował się perfekcyjnie, pewnie całe tygodnie
przedtem przytupując w domu i w tym żywiołowym balecie nie zawiódł. Publiczności ostatecznie
ów wodewilowaty spektakl spodobał się i na jej gorącym aplauzie poprzestańmy.
W przedstawieniu biorą
udział: Ewa Kopczyńska, Andrzej Śleziak, Radosław Ciecholewski, Krystyna Gawrońska Dorota
Biały-Piętak, Violetta Zającówna, Małgorzata Stachowiak, Elżbieta Laskiewicz, Magdalena Kaleta,
Zbigniew Leraczyk, Grzegorz Widera, Piotr Zawadzki, mały Maciej Zaród oraz gitarzyści
- Witold Burakowski i Sylwester Sośniak.
"Zatupana Zapatera"
Irena T. Sławińska Trybuna Śląska nr 248 22-10-1998
|
|
|
|

|
| |
W rytmie flamenco
Oryginalność sztuk Lorki polega na połączeniu skrajnych przeciwieństw: tkliwości i okrucieństwa, delikatności uczuć i gry zmysłów,
a także nowatorskich posunięć formalnych i starych tradycji scenicznych. "Czarująca szewcowa", choć najbardziej klasyczna
z utworów autora, także ma w sobie magiczną teatralną urodę, przede wszystkim zaś niepowtarzalny nastrój poetyckiej baśni.
Reżyser sosnowieckiego przedstawienia - Henryk Adamek nadając tej historii "dojrzewania do miłości", uniwersalny charakter, osadził ją jednocześnie w specyficznym klimacie kultury andaluzyjskiej, której niedościgłym piewcą pozostaje Lorca do dziś. Rytm spektaklu - w przenośni i dosłownie - wyznacza muzyka flamenco i oryginalne hiszpańskie pieśni ludowe, wplecione w akcję w naturalny sposób. Nad wiernością muzycznej strony spektaklu, czuwała w czasie prób Grażyna Adamczyk - specjalistka w tej dziedzinie, kierująca szkołą flamenco w Warszawie. Ona także jest autorką układów choreograficznych całości. Na scenie, obok zespołu aktorskiego, wystąpią w spektaklu trzej gitarzyści klasyczni.
- Sięgnęliśmy po tę pozycję - mówi Adam Kopciuszewski, dyrektor Teatru Zagłębia - dlatego, że to wspaniała literatura dramatyczna, dlatego, że w przyszłym roku przypada setna rocznica urodzin Federica Garcii Lorki, ale przede wszystkim dlatego, że we współczesnym teatrze zapomnieliśmy jakoś o wzruszeniu, emocjach i namiętnościach, którym podlega każdy człowiek.
W roli tytułowej wystąpi Ewa Kopczyńska, pięknie śpiewająca i tańcząca aktorka, dla której jest to drugie spotkanie z Lorką, grała już bowiem Yermę. Postać Szewca zagra Andrzej Śleziak. Scenografię zaprojektował Wojciech Jankowiak. kostiumy - Marta Hubka. Premiera - w sobotę, o g. 18.
"W rytmie flamenco"
Henryka Wach-Malicka Dziennik Zachodni nr 244 17-10-1998 |
|
|
|
|
Sztuka życia w rytmie flamenco
Znana sztuka Federika Garcii
Lorki zaczyna się tutaj już w foyer. Grupa aktorów tańczy i śpiewa, witając, jakby mimochodem,
publiczność. To są aktorzy sosnowieckiej sceny, ale także spontaniczni aktorzy-mieszkańcy
małej hiszpańskiej wioski, wreszcie "aktorzy w ogóle". To oni, za sprawą Poety,
stworzą za chwilę życie na scenie, powołując ze swego grona bohaterów opowieści i nadając
wymyślonym postaciom własne, prywatne emocje.
Reżyser Henryk Adamek podąża za
tekstem Lorki, ale jego uniwersalność podporządkowuje konkretnemu kolorytowi. I nie jest
to bynajmniej folderowa wizja Andaluzji, lecz owo "coś", co krąży w powietrzu
tego kraju, jak wyczuwalne fluidy. Nastrój - na poły mroczny, na poły radosny - osiąga s
pektakl za sprawą pracy Grażyny Adamczyk, znawczyni filozofii (sic!) flamenco. I aktorów,
którzy na taniec przekładają uczucia, konstruując spektakl na kształt starej romancy.
Tego przedstawienia nie warto
oglądać powierzchownie, bo wtedy łatwo zgubić precyzję oprawy muzyczno-choreograficznej.
Tymczasem jest ona fascynująca, co najwyraźniej widać w roli tytułowej bohaterki, granej
przez Ewę Kopczyńską. Prawie wszystkie jej reakcje znajdują odzwierciedlenie w rytmie,
ale za każdym razem jest to inny rodzaj ekspresji. Monotonnie gwałtowny, gdy się gniewa
i nieokiełznany, gdy rozpacza, ale także liryczny, prawie w rytmie walca, gdy marzy i
wspomina swoich adoratorów albo delikatny, gdy cieszy się pozorną wolnością. Właściwie
i bez słów łatwo byłoby zrozumieć jej stan emocjonalny, co jest przecież istotą muzyki
flamenco. Urody tej strony spektaklu dopełniają autentyczne andaluzyjskie motywy muzyczne,
wykonywane na scenie przez gitarzystów: Witolda Burakowskiego i Sylwestra Sośniaka
Jest jednak i grzech inscenizacyjny,
choć pewnie popełniony z nadmiaru dobrych chęci. Otóż tkanka muzyczna, w całości widowiska,
jest bardzo nierówno rozmieszczona. W pierwszej części jest jej za dużo (przede wszystkim
należałoby, sądzę, skrócić fragment wstępu na scenie), a w drugiej - brakuje muzyki tam,
gdzie aż się prosi. To zakłóca jedność stylistyczną i rozbija spektakl na dwa, całkiem
odmienne przedstawienia.
Mimo tej niekonsekwencji, baśniowa
opowieść Lorki dobrze czuje się w ramach wymyślonych przez reżysera, udanie broniąc swej
naiwności i prawdy psychologicznej jednocześnie. Ewa Kopczyńska nie tworzy może od razu
"archetypu kobiecości", ale z pewnością oddaje złożoność natury młodej,
wikłającej się we własne pragnienia, dziewczyny, którą dorosłego życia nauczy dopiero
pierwsze bolesne doświadczenie. Jej chimeryczność bawi, skrucha wzrusza, przemiana przekonuje.
Ma temperament, urodę, przydałaby się tylko większa dawka namiętności.
Nieco dziwi natomiast ustawienie
postaci Szewca, którego reżyser, bez litości, skazał na realizację odautorskiej uwagi
o jaskrawej farsowości "Czarującej szewcowej". Andrzej Śleziak wytyczne
realizuje ściśle, ale chyba tęskni do większego liryzmu swojej postaci. Ostatecznie
Zapatera za coś kocha męża, skoro tak jej za nim tęskno... Jego groteskowe pojawienie
się w przebraniu i różowych okularach szczerze rozbawiło publiczność, ale mnie osobiście
nie spodobało się, bo za dużo miało z karykatury. Szkoda tego bohatera, tym bardziej,
że ciepły głos i wiarygodna łagodność, to atuty, które aktor nie raz już udanie wykorzystywał.
Z dyskretną czujnością pojawia
się natomiast na scenie Radosław Ciecholewski w roli Autora, eleganckiego i czułego wobec
swoich aktorów-bohaterów, którym wymyśla życiorysy, których lubi i strzeże przed nadmiarem
dramaturgicznych niebezpieczeństw. Poza rolami pierwszego planu, w sosnowieckim spektaklu
wspaniale gra także barwny tłum hiszpańskich dam i kawalerów, który nie tylko "ozdabia"
scenę, ale przede wszystkim komentuje wydarzenia, a nawet je... prowokuje.
"Sztuka życia w rytmie flamenco"
Henryka Wach-Malicka
Dziennik Zachodni nr 275
24-11-1998
|
|
|
| |
|
|
|
©
by Akademia Dom Tańca
Pałacyk
 |
|