Szkoła Tańca Flamenco :   Kursy    Dla dojrzałych    Nauczyciele    Galeria

                              Historia szkoły    Założyciele    Wychowankowie    Zespoły    Muzycy    Alexandra    Teatr   ZLP   Poezja    Plastyka

Poezja i Flamenco
 Grażyny Adamczyk Lidtke


 
   1 Piasek Hiszpanii
 2 Na krańcu świata

 3 Obrazki kubańskie
 4 Bella Italia
 5 Taniec flamenco i...
 6 Komunikaty z mojego podwórka
 7 Rymanów
 8 Nowe wiersze
 9 Haiku

10 Inne

" inna strona medalu " - wywiad  2010                
 

w sieci :

integracja  2007 integracja 2008  you  tube zlp wrocław blogi   powrót
wywiady salonik na Głównym

autograf

prasa wieczór autorski

wydania książek

Poezja i Flamenco     Cykle wierszy :           1       2      3      4      5      6      7      8      9      10      11      12      13      powrót            

 
 
 

 

(łac.) - . Homo Viator Flamencus.
Podróżuję, piszę, tańczę, śpiewam i maluję,
czyli wywiad z Grażyną Adamczyk – Lidtke.
  MANTON

Seniora przyjdź do straganu!
Mam kolorowe firanki
I haftowane chusteczki

Seniora przyjdź do straganu
Mam też jedwabne mantony
Z frędzlami po kolana.

Seniora przyjdź do straganu!
Pięknie Ci będzie w tym szalu,
tak jak hiszpańskiej dziewczynie.

Seniora patrz! Tyś podobna,
te oczy, włosy, figura…
Może Ty tańczysz flamenco?
Pewnie, że tańczysz - to widać,
więc musisz mieć szal, ten ode mnie.
Popatrz jak pięknie wyszyty!

Seniora przyjdź do straganu!
Jutro przywiozę ci drugi.
Zapłacisz tylko połowę,
a potem zatańczysz z nami
na fieście w Pimenton!

 

Katarzyna Lebiedzińska: Flamenco jest nierozłącznie związane z językiem hiszpańskim. Używa pani tego języka?

Grażyna Adamczyk-Lidtke: Oczywiście, ale aktualnie tylko biernie. Czytam książki, mnóstwo publikacji na temat flamenco, muzyki, tańca, a z literatury najchętniej sięgam po dramaty Lorki, jednak, jeśli miałabym stanąć oko w oko z prawdziwym Hiszpanem, to mogłoby byćżnie. Już 10 lat nie wyjeżdżałam do krajów hiszpańskojęzycznych i nie miałam okazji odświeżyć sobie tych umiejętności. A kiedyś nawet śpiewałam po hiszpańsku, np. De los cuatros muleros, Guagiras, Sevillanas, Fandangos, Tangos, Alegrías. We flamenco zawiera się wiele dyscyplin sztuki.

K.L: Także teatr?

G.A: Tak. Przez pewien okres mojego życia także miałam do czynienia z Teatrem Flamenco. Najbardziej ten nurt rozwinęła moja uczennica, Małgorzata Matuszewska, która wystawiała sztuki m.in. w Warszawie. Pamiętam jedną z nich:,, Człowiek z la Manczy’’. Natomiast ja współpracowałam z kilkoma Teatrami (Teatr Współczesny we Wrocławiu, Teatr im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze, Teatr Zagłębia w Sosnowcu, Teatr Jaracza w Olsztynie). W przedstawieniach dramatycznych wykorzystywaliśmy właśnie flamenco. To były prawie operety- dodaje z uśmiechem. Federico García Lorca, Ferrnando de Rojas to autorzy, do których utworów sięgaliśmy. Na podstawie dramatów tych hiszpańskich pisarzy wystawiliśmy spektakle jak:,, Czarująca szewcowa’’,,, Celestyna’’. Nie mogło jednak zabraknąć rodzimych adaptacji. W 1993 pracowałam przy realizacji sztuki pt.,, Cyganie z Andaluzji’’ Jana Potockiego. Muszę dodać, że ten spektakl był naprawdę wspaniałym przedsięwzięciem, ponieważ łączył w sobie nuty staropolskiej tradycji z XVII-wieczną kulturą andaluzyjską, a właściwie naszym wyobrażeniem o początkach Flamenco. Co ciekawe graliśmy muzykę na żywo.

K.L: Muzyka na żywo, czyli przede wszystkim gitara?

G.A: Gitara jest na pewno najbardziej popularna, ale jeśli aktor potrafił np. grać na flecie to włączaliśmy również i ten instrument do spektaklu. Tworząc sztuki miałam okazję zrealizowania projektów z wieloma gitarzystami. Jedni z nich byli werbowani przeze mnie np. z Katowic. Tak zawiązałam współpracę z Andrzejem Zubko z tamtejszej Akademii Muzycznej. Mieliśmy w planach wystawienie,,Pantaleona i wizytantek ’’Mario Vargasa Llosy, peruwiańskiego pisarza. Niestety nie doszliśmy do urzeczywistnienia naszych planów, a szkoda. Bardzo chciałam zainspirować go muzyką peruwiańską, bo jest naprawdę wspaniała. Buduje specyficzny nastrój. Ta muzyka świetnie oddaje klimat Peru lat 50- tych. Ten kraj jest naprawdę interesujący. Miałam przyjemność tam być i poczuć tą intrygującą, chociaż tragiczną zarazem atmosferę. Wtedy szalało Sendero Luminoso. Pamiętam to bardzo dokładnie. Ciągle mam sentyment do tamtych stron.

K.L: A inne podróże?

G.A: Byłam też na Kubie. Kuba jest mi naprawdę bliska. Z moich podróży oprócz pięknych wspomnień, gromadzę notatki, zapiski. To staję się później dla mnie inspiracją do pisania wierszy. Wiele z nich traktuje właśnie o moich wyprawach, jednak moje życie to nie tylko Ameryka Łacińska i Hiszpania. Mimo wielu moich podróży przebywałam najdłużej w kraju. Zwiedziłam całą Polskę. To dzięki występom, współpracy z różnymi ośrodkami kultury i teatrami. Podróże to przede wszystkim osoby z którymi przebywasz. Jednak muszę przyznać, że niekiedy sama sytuacja przed wyjazdami była wiele razy skomplikowana. Organizowanie funduszy to kwestia przychylności rodziny, przyjaciół i znajomych. Zawsze ktoś pomógł. Raz ciocia, inny krewny czy nawet znajomy. Jednak z czegoś trzeba było się utrzymać w czasie wyjazdu. I to zaskakiwały mnie różne przychylności losu. Wybierałam się z koleżanką w wyprawę do Ameryki Łacińskiej. Bilety i formalności były juz załatwione, ale..

K.L: Ale?

G.A: Brakowało mi jednak pieniędzy. Rodzina pomagała, jak już dodałam wcześniej. A tu los miał dla mnie inną propozycję. Nagle pojawia się czarnoskóry mężczyzna, Omar. Zamawia u mnie swój portret. Kilka godzin spędzam nad płótnem. Ostatecznie obraz jest gotowy. Klient zadowolony, a moje fundusze rosną i to dolarowo. To nie koniec niespodzianek. Omar prosi mnie o kolejną przysługę. Pierwsze zlecenie to był jego wizerunek na tle architektury, którą to wybrał jako uzupełnienie obrazu. Za drugim razem kiedy się do mnie zgłosił, wymarzył sobie inną kompozycję, cieplejszą i bardziej romantyczną. Miał to być obraz przedstawiający jego, jako młodzieńca kończącego szkołę (zresztą zgodnie z jego zainteresowaniami architektoniczną), w stosownie eleganckim stroju, z dumnymi rodzicami w przy prawym i lewym ramieniu. Ten pierwszy plan miał ubogacić afrykański pejzaż zachodu słońca w tle. Wspaniały pomysł. Podjęłam się tego wyzwania. I udało się, przecież w końcu jestem plastykiem z wykształcenia. Naprawdę lubię to co robię.

K.L: A malarstwo hiszpańskie?

G.A: I tu mam jedną historię. Trochę mniej przyjemną, ale za to związana ze sztuką hiszpańską , a dokładnie z osobą Juana Miró. Jedna z koleżanek z pracy, kiedy jeszcze nauczałam w liceum, poprosiła mnie, żebym namalowała portret jej wnuczka. Uważała, że to fantastyczny prezent dla malucha. Pamiątka. Z duszą. Chciałam nadać temu wizerunkowi chłopca, dziecięcy wymiar poprzez dodanie elementów, jak zabawki, kolorowe fantazyjne obrazki w stylu wspomnianego Miró. Niestety ku rozczarowaniu mojej koleżanki, portret nie spodobał się synowej. Może nadal leży w oprawie drewnianych deseczek szuflady i ciemnej zakurzonej ciszy. A być może w złości portret został zasztyletowany. Może w ogóle go już nie ma. Nie wiem. Nigdy nie jestem w stanie przewidzieć jakie będą losy przedmiotów, które pożyczam innym lub tworzę dla innych. To niewiadoma. Przecież niejednokrotnie takie historie dotyczyły sukienek flamenco, które miałam zgromadzone w swojej kolekcji. Niektóre z sentymentu przechowuję nadal. Z butami bywało różnie. Niektóre pary, te profesjonalne, sprowadzane zza granicy chowałam za szkłem szaf. Szkoda mi ich było.

K.L: Dlaczego szkoda?

G.A: Czasem tańczyłam w takich miejscach, gdzie parkiet pokrywały warstwy kurzy czy błota. W flamenco dużo się pracuje stopami. Mowa przede wszystkim o charakterystycznym dla tego tańca wystukiwaniu rytmu. Buty miały prawo ulec zniszczeniu, szczególnie w tak ekstremalnych warunkach, dlatego wiele egzemplarzy obuwia było moim prywatnym patentem. Patentem przystosowanym do tańczenia w każdych warunkach. Pamiętam 11 festiwali w Kościanie. 40 km od tej miejscowości znajdował się zamek, w którym cała ekipa, która występowała na festiwalu, nocowała i fiestowała. Właśnie tam, by nie zniszczyć podłóg, tańczyliśmy na deskach, takiej dykcie. Każdy z kawałkiem spreparowanej podłogi, swoim własnym kawałkiem podłogi. I tańczyliśmy. Oczywiście przy akompaniamencie gitary. Niekiedy też przy pieśniach. Tych hiszpańskich także. Hiszpania, a przede wszystkim Andaluzja to kolebka Flamenco. Zawsze chciałam poznać ten magiczny zakątek. Iberia...

K.L: Poznanie całej Hiszpanii to nie lada wyzwanie, nawet dla podróżnika.

G.A: To prawda, ale marzyłam o poznaniu południa tego gorącego półwyspu. Jednak zorganizowanie wyjazdu to niełatwa sztuka. Samo zdobycie wizy i załatwienie stosownych formalności dotyczących wylotu za granicę wymagało cierpliwości i wytrwałości w działaniach. Niejednokrotnie trzeba było z jednym dokumentem przejechać, aż do stolicy, bo tam mieściły się stosowne instytucje. Muszę przyznać, że tu trudności się nie kończyły, ale naprawdę zabiegi warte były chwil i przeżyć, których później się nie zapomina. Egzotyka pasjonowała mnie od dzieciństwa. Pamiętam, że jako 11- letnia panienka szukałam informacji na temat innych, odległych krajów. I tak przyszła fascynacja Orientem. Wpierw były to Chiny, później Indie. Ostatecznie moje poszukiwania, (pierwotnie książkowe) oscylowały wokół kultur Dalekiego Wschodu. Później przyszła chwila, w której zafascynowała mnie Ameryka Łacińska i Hiszpania. Pierwsze moje spotkania opierały się na przeglądania albumów, fotografii i literatury. Muszę przyznać, że od dziecka uwielbiałam książki. Sama wychowałam się na Baśniach 1000-ca i jednej nocy. Dobrze pamiętam tą lekturę. Różni się od przekładów francuskich, znanych mi później.

K.L: Muszę zapytać czy była pani również we Francji.

G.A: Śmiech – tak, w samiuteńkim Paryżu. Poznałam to miejsce z bardzo ciekawej perspektywy, ponieważ oprowadzali mnie sami mieszkańcy, znający te miejsca, do których nie prowadza się turystów. Taka sama przygoda spotkała mnie w Hiszpanii. Właśnie w ten sposób zakochałam się po raz pierwszy w flamenco.

K.L: Jak dokładnie to było?

G.A: Muszę przyznać, że nawet w samej Hiszpanii obraz flamenco nie jest monobarwny. Widziałam występy w turystycznych bungalowach zadymionych barbecue, gdzie tancerki sztywnie lub niezgrabnie tańcząc, mogły naprawdę odstraszyć widza. Do tego sama muzyka zdawała się być bardzo zniechęcająco chrypiąca. Coś strasznego. Jednak ta druga odsłona, swoimi barwami, rytmem i cudowną melodią przysłania niedoskonałości miejskich hoteli. Ta historia ma swój początek na targu. Szukałam mantonów dla moich dziewczyn z zespołu. Zwiedzając Malagę napotkałam piękne mantony, wachlarze i kastaniety. Jednak ceny sięgające 18 000 peset nie mieściły się w moim skromnym budżecie. Dlatego będąc w małej wiosce rybackiej, zdziwiłam się widząc te same przedmioty, lecz w niższych cenach i to na stoisku z firanami. Rzeczywiście, znajdowałam interesujące mnie fragmenty strojów czy przedmioty potrzebne do flamenco w sklepach myśliwskich czy też właśnie na straganie z firanami. Nigdy bym nie podejrzewała, że tam je zobaczę. Straganiarka sprzedała mi wymarzone i wyszukiwane mantony za 5 tysięcy peset. Byłam wniebowzięta, chociaż musiałam też nadłożyć 30 km drogi, żeby je odebrać. I tu los znowu się do mnie uśmiechnął. Hiszpanka po krótkie rozmowie zaprosiła mnie na prawdziwą andaluzyjską fiestę.

K.L: To musiał być prawdziwy zaszczyt.

G.A: Byłam bardzo szczęśliwa. Straganiarka zapytała czy tańczę flamenco. Odpowiedziałam bez wahania, że tak. Po chwili z komplementem Guapa Seńorita i słowami uznania zaprosiła mnie na wieczorną uroczystość. To była Noche de Sevillanas, czyli nos Sevillany. Przyszłam wraz z moimi 2 uczennicami na umówione miejsce. Zostałyśmy specjalnie pokierowane w tą dzielnicę. Chyba żaden z turystów tu nie bywał. Nie było widać żadnego białego człowieka. Noc, ciemno, czarno i tylko my takie białe. Człowiek w takich sytuacjach zdaje sobie sprawę z koloru swojej skóry. Oprócz wszechogarniającego mroku, wszędzie było widać kolorowe sukienusie dzieci, które tańcowały i biegały po całej ulicy. Oczywiście przybyłyśmy na miejsce na umówioną godzinę, ale Hiszpanie mają zwyczaj spóźniania się i tak musiałyśmy poczekać, aż wszyscy się zbiorą na konkurs Sevillany. Dzieci już wskakiwały na scenę i rywalizowały miedzy sobą. Moje uczennice też chciały zaprezentować swój repertuar. To niepowtarzalna okazja skonfrontowania flamenco w Polsce i tego rdzennego hiszpańskiego flamenco. Zaczęło się od głośniejszej muzyki. I tu nagle stoły, ludzie, tłum i mnóstwo piwa. Jest zabawa. Zrobiło się gęsto i jeszcze bardziej czarno. Człowiek na człowieku. A występy cudowne. Tancerki nie powstydziłyby się Barcelońskich Tablaos. Po występie moich uczennic, wszyscy wypytywali skąd jesteśmy. Z wielkim zadowoleniem i uśmiechem patrzyli jak tańczymy flamenco. Później już każdy tańczył.

K.L: Można dojść do wniosku, że każdy w Hiszpanii tańczy flamenco. Czy tak naprawdę jest?

G.A: Muszę przyznać, że czasem rzeczywiście miałam takie wrażenie, bo to flamenco rzeczywiście tam jest. Kiedy przechadzałam się po Granadzie, usłyszałam jak jakiś mężczyzna na ulicy śpiewa Tangos czy Tientos. Wtedy naprawdę czuje się ten klimat. Klimat prawdziwego flamenco. Muszę jednak dodać, że spotykałam i takich Hiszpanów, którzy mówili, że ten taniec w ogóle ich nie obchodzi, nie zachwycali się wcale tą cząstką ich własnej kultury. Chociaż tak naprawdę to nie jest- przynajmniej w sensie czysto narodowym- taniec hiszpański. Flamenco powstało poprzez wzajemne przenikanie kultury żydowskiej, arabskiej, cygańskiej, francuskiej i niemieckiej.

K.L: Kultury niemieckiej także?

G.A: Wiem, to może wydawać się bardzo dziwne. Flamenco umie pogodzićżne przeciwności, w tym te związane ze sferą uczuć. Znam jeden bardzo interesujący przykład powiązania kultury niemieckiej i hiszpańskiej. To Manuel Moreno, mój kolega. Był po niemieckiej szkole baletowej. I to wieloletniej. Takiej z tradycjami, a później po latach, kiedy odchodził na emeryturę ,poczuł przynależność do swoich hiszpańskich korzeni. I wtedy zaczęła się jego przygoda z flamenco. To coś niesamowitego. Doprawdy, po tylu latach klasyki. Jednak Manuel naprawdę czuł doskonale rytm flamenco, miał to we krwi. Ja jako muzyk miałam świadomość rytmu i łatwiej przyszło mi wykorzystanie tej umiejętności podczas tańca. Niektórym wyczucie tego, sprawia wielkie trudności. Kiedyś w formie żartu zapytaliśmy go jaki rytm ma Sevillana. Nie wiedział. Nie odpowiedział od razu. Rozmowa jak gdyby nigdy nic, toczyła się dalej, a po dobrej godzinie Manuel ożył i odpowiedział nam na wcześniej zadane pytanie. Cały czas próbował się doliczyć, a przecież tańczył doskonale. Pamiętam jego jeden występ

K.L: Dlaczego to był tak znamienny występ?

G.A: Byliśmy wtedy w takim pubie czy jakiejś bardzo skromnej restauracji, to był chyba klub studencki. Surowa przestrzeń, tylko stoły z piwem i pełno młodych ludzi. I nagle Manuel wychodzi i przygotowuje się do występu. Staje w bezruchu i ściąga swoją krótką marynarkę i po prostu tańczy flamenco. Jednak tak tańczy, że wszystkim brak słów. Moi koledzy na szybko przygotowują mu gitarowy akompaniament i grają muzykę na żywo, a Manuel tańczy. To coś pięknego. Esencja flamenco, prawdziwy hiszpański temperament. To wspaniałe, że potrafił odnaleźć swoje hiszpańskie korzenie. Podobnie jak ja. Moja prababka pochodziła z Nawarry i ja pewnego dnia też poczułam to flamenco. Ono we mnie drzemało, można powiedzieć, że miałam to we krwi. I tak już pozostało. Flamenco to moje życie.

   
 

w sieci :

integracja  2007 integracja 2008  you  tube zlp wrocław blogi   powrót
wywiady salonik na Głównym

autograf

prasa wieczór autorski

wydania książek

                                                                                                                                             © by Akademia Dom Tańca Pałacyk

stat4u